piątek, 24 maja 2019

"Muza Koszmarów", "Współlokatorzy" oraz "Mam na imię Jutro"





          Hej! Znów pojawiam się z potrójną recenzją. Dziś na tapetę idzie "Muza Koszmarów", czyli drugi tom "Marzyciela", który skradł serce prawie każdemu, kto miał okazję go przeczytać, "Współlokatorzy", czyli romans o parze, która nigdy się nie spotkała, a także "Mam na imię Jutro", czyli książka o nieśmiertelnym piesku szukającym swojego pana. Dwie z nich naprawdę mi się spodobały, jednej nie dałam rady doczytać do końca. Zapraszam!



________________________________________________________________________________






„Muza Koszmarów” – Laini Taylor


Lazlo i Sarai zmienili się znacznie od momentu, w którym ich poznaliśmy. Lazlo nie jest już cichym bibliotekarzem z głową w chmurach, mającym obsesję na punkcie pewnego legendarnego miasta – teraz nie dosyć, że jego skóra zmieniła kolor na niebieski, a Lazlo odkrył już tajemnicę Szlochu, to w dodatku ma okazję, by go ocalić. Mężczyzna pewnie nie wahał by się ani chwili, gdyby nie fakt, że ratując miasto, straci na zawsze swoją ukochaną Sarai. Co prawda dziewczyna i tak jest martwa, ale Minya dzięki swoim mocom trzyma jej duszę wśród żywych. Tylko jak długo będzie miała ochotę to robić?


Drugi tom fenomenalnego „Marzyciela” z całą pewnością utrzymał poziom pierwszej części. Cała fabuła niesamowicie się rozwinęła, autorka dodała mnóstwo nowych wątków, które genialnie poprowadziła, dopracowała i dopasowała do całości w idealny sposób, tak, że nic nie wydaje się wyrwane z kontekstu. W dodatku skupiła się nie tylko na mieszkańcach Szlochu i dzieciach z cytadeli, ale też dużą część historii poświęciła bogom. Dzięki temu możemy poznać ich przeszłość oraz dowiedzieć się nieco więcej o nich i o pamiętnej Rzezi. Oczywiście nie można mieć wszystkiego – na ciągłej akcji i niesamowitym rozwoju fabuły ucierpiał nieco styl, który tak bardzo wyróżniał „Marzyciela”. Mam wrażenie, że „Muza Koszmarów” nie była napisana aż tak pięknym, poetyckim wręcz językiem, ale mówiąc szczerze, aż tak mi to nie przeszkadzało. Dzięki temu czytało mi się ją nieco lżej i szybciej.


Bohaterowie tej serii z pewnością zasługują na wygraną w plebiscycie na najlepiej wykreowane postacie literackie. Zżyłam się z nimi tak, że podwójnie przeżywałam wszystko to, co działo się w tej książce. I nie mówię tu tylko o wspaniałym Lazlo oraz cudownej Sarai. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie postać Minyi – jest to jedna z tych postaci, które się kocha i nienawidzi jednocześnie. To co ta dziewczynka robi jest okropne, ale gdy zostaje sama i odkrywa swoje prawdziwe emocje, rozklejam się totalnie i mam ochotę ją przytulić. Równie duże wrażenie zrobiły na mnie Kora i Nova, dwie bohaterki, których w „Marzycielu” nie było. Ale o ich losach nie będę wam nic mówiła, musicie poznać je sami.

Na zakończenie dodam, że dawno nie czytałam książki tak bardzo przepełnionej emocjami. Laini Taylor potrafi tworzyć naprawdę niesamowity klimat. „Marzyciel” i „Muza Koszmarów” trafiają na listę moich ulubionych książek i na pewno jeszcze nie raz będę wam je polecać. Uwierzcie mi że warto, naprawdę warto po nie sięgnąć i przeżyć te wszystkie niesamowite emocje, poznać tych genialnych bohaterów oraz tę magiczną historię.



MOJA OCENA

★★★★★★★★★✩   9/10


________________________________________________________________________







 „Współlokatorzy” – Beth O’Leary



Tiffy Moore niedawno zerwała z chłopakiem, który traktował ją naprawdę źle. Postanawia zacząć nowe życie, więc pilnie poszukuje mieszkania. Obojętnie jakiego, byle było tanie, bo praca w wydawnictwie nie należy do najbardziej opłacalnych (szczególnie, że największym sukcesem tego wydawnictwa jest książka o szydełkowaniu).

Leon Twomey potrzebuje pieniędzy, bo musi opłacić prawników próbujących wyciągnąć z więzienia jego niesłusznie skazanego brata.

Rozwiązanie zaproponowane przez Leona jest proste: on spędza w mieszkaniu dnie, odsypiając nocne zmiany w hospicjum, ona ma je do dyspozycji przez resztę doby. O dziwo taki układ sprawdza się naprawdę dobrze. Chociaż Tiffy i Leon nigdy się nie spotkali, bo w mieszkaniu bywają wymiennie, para wkrótce zaczyna mieć ze sobą naprawdę niezły kontakt. Porozumiewają się głownie za pomocą liścików, które zostawiają sobie w różnych miejscach i dzięki nim udaje im się zaprzyjaźnić.

Jeśli szukacie czegoś przyjemnego, lekkiego, ale z ciekawą fabułą i dużą dawką pozytywnej energii, to trafiliście na idealną książkę. „Współlokatorzy” to pozycja, przy której nie raz wybuchniecie śmiechem, zdążycie się też wzruszyć, a jeśli dobrze pójdzie, to nawet łezka zakręci wam się w oku. Jest to jedna z tych książek, które czyta się dla przyjemności i rozluźnienia, ale spodobało mi się to, że fabuła jest naprawdę ciekawa i oryginalna, dzięki czemu nie jest to jedna z tych luźnych czytanek, o których po kilku dniach się zapomina. Tę książkę z pewnością zapamiętacie na długo.

Bohaterowie są naprawdę cudowni i jestem mile zaskoczona tym, że nie są ani trochę wyidealizowani. Tiffy jest wybitnie wysoka jak na dziewczynę, ma też kilka kilogramów za dużo, a jej szafa składa się z ubrań, których nikt przy zdrowych zmysłach by na siebie nie założył. Leon jest chorobliwie nieśmiały, ciężko mu nawiązywać kontakty z ludźmi, a do grona jego najlepszych przyjaciół zalicza się między innymi siedzący za kratkami brat, umierający staruszek oraz chora na białaczkę ośmiolatka.

„Współlokatorzy” to nie tylko romans, autorka wplotła w książkę także inne, równie ciekawe wątki – ale jakie, tego już musicie dowiedzieć się sami. Jej styl jest lekki, posługuje się ona niewymagającym językiem, ale pisze w taki sposób, że aż nie chce się odkładać książki. Podoba mi się też to, jak w delikatny sposób O’Leary przekazała czytelnikowi prostą prawdę: nie warto czekać z wyznawaniem uczuć drugiej osobie, lepiej to zrobić jak najszybciej, bo inaczej okazja może nam przejść koło nosa.

            Bardzo, bardzo mocno polecam wam tę książkę. To naprawdę przyjemna historia o miłości dwóch osób, które trafiły na siebie w odpowiednim momencie.



MOJA OCENA

★★★★★★★★✩✩   8/10 


_____________________________________________________________________________







„Mam na imię Jutro” – Damian Dibben



„Mam na imię Jutro” to historia opowiedziana z punktu widzenia pieska. I to nie byle jakiego, bo nieśmiertelnego. Jutro ma już ponad dwieście lat i przemierza świat w poszukiwaniu swojego pana, który kazał mu czekać na siebie przed drzwiami katedry, a następnie zniknął. Odwiedza on królewskie dwory oraz pola bitew, a jego droga pełna jest niebezpieczeństw, między innymi ze strony jego odwiecznego wroga - Vildera. W dodatku goni go czas, bo jeśli niedługo nie odnajdzie swojego pana, może go stracić już na zawsze. Jak głosi opis na okładce, jest to historia o lojalności, determinacji, miłości, przyjaźni, podziwie oraz rozpaczy.

Chociaż okładka tej książki jest naprawdę niesamowita, nie jestem pewna, czy mogę to samo powiedzieć o treści. Przyznam szczerze – nie byłam w stanie doczytać tej książki do końca, utknęłam gdzieś w okolicach połowy. Absolutnie nie twierdzę, że jest ona zła, ale miejscami bywa naprawdę monotonna. Klimat europejskich miast w siedemnastym, osiemnastym i dziewiętnastym wieku jest dość ciężki, w dodatku autor bardzo skupia się na opisywaniu zabytków, architektury, sztuki, a wszystko to w dokładny, plastyczny sposób. Podobnie opisane są wojny rozgrywające się w pobliżu miejsc, które odwiedza Jutro. Chociaż przedstawienie świata z punktu widzenia psa jest ciekawe, nie wystarczyło to, żeby przekonać mnie do tej książki. Zabrakło mi dynamicznej akcji, która spowodowałaby, że nie mogłabym się oderwać od czytania. Wiem oczywiście, że prawdopodobnie autor miał na tę książkę taką właśnie koncepcję: powolna fabuła, barwne opisy, chwytające za serce emocje, klimat nowożytnych miast. Wiem też, że niektórzy będą taką formą zachwyceni. Ja niestety nie jestem i póki co odkładam tę książkę, by sięgnąć po coś, co bardziej mi się spodoba.

Wstrzymuję się z wystawieniem tej powieści oceny, ponieważ uważam, że ma ona potencjał, a końcówka może być naprawdę niesamowita, więc nie jestem w stanie ocenić jej rzetelnie bez przeczytania całości. Pamiętajcie, że moja opinia nie dotyczy całej książki i pewnie byłaby nieco inna, gdybym poznała tę historię od początku do końca. Niestety nie wiem, kiedy weźmie mnie ochota na jej dokończenie, więc swoją opinię i delikatny zarys tego, czego możecie się spodziewać po „Mam na imię Jutro” zostawiam wam już teraz.



P. 
(very.little.book.nerd)


  

1 komentarz:

  1. Na pomysł potrójnej opinii jeszcze nie wpadłam ;) świetny pomysł i wspaniałe recenzje ;) ja bym jednak dała szansę ostatnuej książce :)

    OdpowiedzUsuń